Zima

5-3

Minęło lato, minęła jesień, nastała zima. Gdzieś tak we wrześniu pojawiła się po raz pierwszy myśl: „wiosno, wiosno, wracaj jak najszybciej”. A przecież dotąd wiosna wcale nie była moją ulubioną porą roku – w przeciwieństwie do późnej jesieni. A tu nagle każdy płatek śniegu zaczął nastrajać mnie pesymistycznie. Każdego ranka zerkałam przez okno z myślą: „żeby jeszcze nie było biało”. Każdego dnia sprawdzałam prognozy, czy aby temperatura oddala się od zera we właściwą stronę…
W końcu jednak przyszedł ten dzień, kiedy zima zahuczała:
– Już dłużej nie wytrzymam!
I rzeczywiście szybko zaczęło robić się biało…
A do wiosny tak daleko… Chlip, chlip…
Nic to zimy nie ruszyło. Śniegu było coraz więcej…
Chlip, chlip…
Prawdziwa zamieć śnieżna…
Chlip…
– A niech pada…
Wstałam dziś rano, odśnieżyłam co trzeba i ruszyłam w moją codzienną drogę. Przedzierając się przez szalejącą śnieżycę, powtarzałam wyryte w pamięci słowa psalmu: „Zmiłuj się nade mną Boże, zmiłuj się nade mną. U Ciebie chronię swe życie. Chronię się pod cień Twoich skrzydeł, aż przejdzie klęska… aż przejdzie klęska… aż przejdzie klęska.”
Kiedy cała w śniegu dotarłam do pracy, w drzwiach przywitały mnie słowa:
– Dzień dobry, tak było ładnie i co pani zrobiła?
– 🙂

(jak zwykle wszystkiemu winna kobieta…)

Dziewczyna we wściekle czerwonych butach

Środowa Nowenna do Matki Bożej Nieustającej Pomocy. Sporo ludzi, ale nie tyle, żeby nie zauważyć dziewczyny siedzącej dwie ławki przede mną. W wieku znacznie obniżającym średnią zgromadzonych w kościele osób. Szczupła, niewysoka, długie włosy blond spięte w fantazyjny kok, który musiał zwracać uwagę. We włosy wpięte ciemne okulary w ozdobnych, mocno błyszczących oprawkach. Precyzyjnie wykonany, wyraźny makijaż. Duże gustowne kolczyki, w ogóle dużo biżuterii. Paznokcie pomalowane. Zwiewna bluzka z długim rękawem, w żółto-brązową panterkę. Króciutka, czarna, zwiewna spódnica, zapięta wysoko w pasie i czarne rajstopy. Nie ujmując nic pozostałym zgromadzonym osobom, wszystko to tworzyło całość jakby nie z tego świata.
Zastanawiałam się, skąd się wzięła w kościele? Na pewno jest umówiona gdzieś w pobliżu i weszła, żeby poczekać. Ale czas mijał, a ona nie wychodziła. Zaczęła się msza i, o dziwo, znała odpowiedzi na wezwania księdza. Podczas znaku pokoju z uśmiechem uścisnęła dłoń osobie stojącej za nią. Kiedy wyglądało na to, że zamierza przystąpić do komunii, odruchowo spojrzałam w kierunku jej butów. Spodziewałam się, że zobaczę szpile – jakieś złote, albo przynajmniej czarne. Jednak nie były to szpilki, a solidne półbutki na niewielkim obcasie. Były we wściekle czerwonym kolorze i do niczego jej nie pasowały…
Nie, nie wgapiałam się w nią cały czas, ale chcąc nie chcąc zobaczyłam, jak idzie do komunii w swoich wściekle czerwonych butach. Na swoich niepełnosprawnych nogach. Buty nagle zaczęły pasować idealnie, sprawiając, że jej obecność w kościele wcale nie stała się w tym momencie bardziej zrozumiała i usprawiedliwiona.
Wychodziłyśmy z kościoła prawie równocześnie. Szła za mną, więc pomogłam jej z drzwiami. Usłyszałam za sobą uśmiechnięte „dziękuję” i sama się uśmiechnęłam. Obejrzałam się i zobaczyłam jak odchodzi, grzebiąc coś w telefonie. W świetle popołudniowego słońca, Zjawisko wcale nie bardziej z tego świata niż na początku:)

Kobiety

„W owym czasie Maryja wybrała się i poszła z pośpiechem w góry do pewnego miasta w pokoleniu Judy. Weszła do domu Zachariasza i pozdrowiła Elżbietę. Gdy Elżbieta usłyszała pozdrowienie Maryi, poruszyło się dzieciątko w jej łonie, a Duch Święty napełnił Elżbietę.” (Łk 1,39-45)

Przejście dla pieszych na dosyć szerokiej jezdni. Wystarczająco szerokiej, żeby nie zwrócić uwagi na przechodzącą dość żwawo staruszkę. Zauważyłam ją, kiedy już byłam na przejściu. Ona też mnie widziała, więc minęłyśmy się w bezpiecznej odległości. Odruchowo zerknęłam w lusterko. O… Duże auto policyjne zatrzymało się, żeby ją przepuścić…
Zrównali się ze mną niespiesznie na drugich światłach. Niespiesznie spojrzałam w ich stronę. Policjant opuścił szybę i zaczął mi coś pokazywać. Mam zjechać na bok? Włączyłam kierunkowskaz, żeby wjechać w jakąś boczną drogę i czekałam na zmianę świateł. Za chwilę usłyszałam z boku jakieś poirytowane głosy i wóz policyjny odjechał. Wstyd i hańba…

„Wtedy rzekła Maryja: „Wielbi dusza moja Pana, i raduje się duch mój w Bogu, moim Zbawcy. Bo wejrzał na uniżenie Służebnicy swojej. Oto bowiem błogosławić mnie będą odtąd wszystkie pokolenia, gdyż wielkie rzeczy uczynił mi Wszechmocny. Święte jest Jego imię – a Jego miłosierdzie z pokolenia na pokolenie dla tych, co się Go boją.” (Łk 1,46-50)

To był ostatni dzień pracy pani Y. Mówiła o swoim odejściu już od jakiegoś czasu, ale chyba sama nie traktowała tych słów poważnie. Dopiero kiedy na jej stanowisko zaczęły zgłaszać się inne kandydatki, zrozumiała, że nie ma odwrotu, i że musi podjąć ostateczną decyzję. Może liczyła, że ktoś jednak będzie chciał ją zatrzymać? No, niestety… I teraz ma żal.

„On przejawia moc ramienia swego, rozprasza ludzi pyszniących się zamysłami serc swoich. Strąca władców z tronu, a wywyższa pokornych. Głodnych nasyca dobrami, a bogatych z niczym odprawia. Ujął się za sługą swoim, Izraelem, pomny na miłosierdzie swoje – jak przyobiecał naszym ojcom – Abrahamowi i jego potomstwu na wieki”. Maryja pozostała u niej około trzech miesięcy; potem wróciła do domu.” (Łk 1,51- 56)

– Weźmiemy dziś św. Tereskę na procesję? Jak znajdę jeszcze dwie osoby? – znajoma z widzenia twarz zwróciła się w moim kierunku.
– Pewnie:)
Jednak z powodu deszczu procesji nie było i św. Tereska nie poszła. Inni też nie. Ale może jutro. Trwa oktawa Bożego Ciała.

Zadanie specjalne

Panią Teresę poznałam w pracy. Spokojna i uprzejma starsza kobieta, która nie miała w życiu lekko. Już po tym jak zaczęłam pracować miała wypadek samochodowy. Widać było, że ciężko jest jej wrócić po nim do siebie. Potem pożar w gospodarstwie. Od pioruna zapalił się dach, a potem zgromadzone pod dachem zbiory. A ponieważ „na pochyłe drzewo wszystkie kozy skaczą” – przyplątała się też poważna choroba. Pani Teresa po długiej nieobecności poszła na rentę. Później słyszałam, że jest z nią lepiej, że pokonuje chorobę. Parę razy nawet dzwoniłyśmy do siebie w jakichś formalnych sprawach, i rzeczywiście była zadowolona, bo coraz lepiej się czuła i zaczęła nawet o własnych siłach wychodzić z domu. Tym bardziej ciężko było mi przyjąć wiadomość, że zmarła 12 kwietnia. Z powodu nawrotu choroby.

Jednym z moich „zadań” w pracy jest reprezentowanie firmy na pogrzebach… Można różnie na to patrzeć, ja lubię w tym widzieć wyróżnienie. Tym razem pojechaliśmy w trójkę. Zaopatrzeni w parasole i ciepłe ciuchy – spodziewaliśmy się ekstremalnych warunków pogodowych. Trafiliśmy łatwo, a na miejscu zobaczyliśmy piękny cmentarz na… skraju lasu. Zapach żywicy i śpiew ptaków wskazywał na to jednoznacznie. W dodatku, zamiast deszczu, przywitało nas mocno przygrzewające słońce. Świeciło tak przez całą mszę. Żyć nie umierać…

I taka była ta ceremonia. Więcej było w niej życia niż śmierci. Złożeniu do grobu towarzyszyły już ciężkie i ciemne chmury,  nie zakłóciło to jednak spokojnej i podniosłej atmosfery. Pieśń „Ave Maria” przyciągała uwagę bardziej niż złowrogie pomruki zbliżającej się burzy. Na końcu dostałam pamiątkowy obrazek: „Jezu ufam Tobie” – z datą śmierci i pogrzebu pani Teresy. Obrazek kolejny, ale jakoś wyjątkowy…

W drodze powrotnej mijaliśmy się z burzą – ślady wskazywały na to, że co dopiero przed nami musiała być wielka ulewa.

– Chyba was tam mocno zlało na tym pogrzebie, bo tu lało strasznie.
– A wie pani, że nawet nie…

🙂

Największe skarby Kościoła

Rekolekcje. Wczoraj musiałam być na mszy św. dla chorych. Frekwencja była duża. Kobiety i mężczyźni z przeróżnymi dolegliwościami, starsi i młodsi, przyszli ze swoim cierpieniem do Jezusa. W ciszy. Powoli. Ze spokojem, cierpliwością i pokorą. Ludzie, których na co dzień się nie spotyka. Dawno nie widziane, zapomniane twarze. Naznaczone chorobą, starością i cierpieniem, a mimo to pogodne. Wzajemne uśmiechy – wypalone krzyżem jak złoto.

„Jesteście największym skarbem Kościoła” – to słowa rekolekcjonisty – „bo jak Jezus na krzyżu wznosicie oczy do nieba, i modlitwą, jak ramionami, obejmujecie świat”. Krzyż na więcej nie pozwala. Tylko tyle i aż tyle…

Sakrament namaszczenia chorych. Nikt się nie przepycha, a mimo to widać, że nikt nie chce być pominięty. Kapłani podchodzą do każdego indywidualnie, namaszczają czoło i dłonie olejem mocno akcentując słowa: „Pan Bóg odpuścił tobie grzechy, niech Pan cię podźwignie z twojej niemocy”. Te same słowa słyszane z różnych stron nakładają się na siebie i powtarzają jak echo. Duch Święty działa tak mocno, że ludzie płaczą. Doświadczyłam tego działania, mimo że sama bezpośrednio w tym sakramencie nie uczestniczyłam. Pan podźwignął w jakiś sposób i mnie.

„Tak mówi Pan, który otworzył drogę przez morze i ścieżkę przez potężne wody; który wiódł na wyprawę wozy i konie, także i potężne wojsko; upadli, już nie powstaną, zgaśli, jak knotek zostali zdmuchnięci. Nie wspominajcie wydarzeń minionych, nie roztrząsajcie w myśli dawnych rzeczy. Oto Ja dokonuję rzeczy nowej: pojawia się właśnie. Czyż jej nie poznajecie? Otworzę też drogę na pustyni, ścieżyny na pustkowiu. Sławić Mnie będą zwierzęta polne, szakale i strusie, gdyż na pustyni dostarczę wody i rzek na pustkowiu, aby napoić mój lud wybrany. Lud ten, który sobie utworzyłem, opowiadać będzie moją chwałę.”
Iz 43,16-21

Ja z moimi emocjami, wrażliwością i delikatnością jestem jak słoń. Słonie są mądre i dobre. Ale lepiej ich nie wpuszczać między drogocenną porcelanę…

Łatwo powiedzieć…

Zobaczyłam go dzisiaj pierwszy raz w życiu. Zdjęcie w komórce: roześmiany, ciemnowłosy dwudziestolatek obejmuje swoją blondwłosą Piękność. Zapalony sportowiec, bardzo dobry student, gorliwy lektor. Jedynak. Oczko w głowie rodziców. Tyle wiem od jego mamy. I jeszcze to, że ostatnio bardzo lubi przesiadywać w jego pokoju. Że bardzo tęskni. I że jest ciężko…
Kiedy patrzy się na czyjeś nagle zakończone życie, do głowy przychodzi jedna myśl: śmierć to porażka, to koniec. Traumatyczne przeżycia powodują, że nie da się myśleć o tym, co było przed, i o tym, co jest po… Ale jeśli spróbujemy? Może okazać się, że z takiej poszerzonej perspektywy śmierć to tylko jakiś mało znaczący epizod, ledwo widoczny na niekończącej się linii czyjegoś życia. Życia, które trwa, chociaż już na zupełnie innych warunkach… Wiśta wio, łatwo powiedzieć… My takich warunków nie potrafimy przyjąć…